TopLista - Wyprawy Rowerowe Nasze Wyprawy / Reportaże z wypraw / Niemcy 2013 
   4 krańce Polski
   Polecane linki
   Rajd dookoła Polski
   Reportaże z wypraw
       Wilno 2008 r
      Jaworzno - "Sosina"
      Kraków
      Majówka 2012
      Niemcy 2013
      Rogoźnik
       Osinów Dolny 2010 r
       Rozewie 2009 r
      Wybrzeżem 2011 r
      Nazwa
   Trasy w przygotowaniu
   Turystyka rowerowa
   Zdjęcia

 

Niemcy 2013

Lipiec coraz bliżej, czas urlopów i wakacji. Tegoroczne wakacje również postanowiliśmy, że będą spędzone na rowerze jak co roku od kilku lat. 19 lipca 2013 roku zbliżał się wielkimi krokami. Ten dzień to dzień wyjazdu z południa kraju na drugi kraniec Polski. Ale nasza tegoroczna wyprawa niewiele miał wspólnego z Polską (poza podróżą koleją – ale o tym za chwilę). 19 lipca stawiliśmy się na dworcu PKP w Katowicach i w czasie czekania na pociąg zastanawialiśmy się co będzie nie tak tym razem z „naszą” wspaniała koleją. Nauczeni wcześniejszymi wiecznymi problemami z naszym PKP bilety zakupiliśmy wcześniej. Na nasz peron, gdzie czekaliśmy na pociąg zajechało wiele wagonów, w którym jednak nie znaleźliśmy miejsca na rowery…- w sumie prawie nic nowego. Ale udało się zapiąć rowery i już następnego dnia rano byliśmy w Świnoujściu. Pora przejść do milszych wspomnień….

            Po zejściu na Zachodniopomorską ziemię dowiedzieliśmy się w porcie promowym, że promy kursują do Kopenhagi, ale z przesiadką w Ystad, a dalej trzeba jechać autobusem, który jednak nie zabiera rowerów – i od tej chwili zaczęliśmy zmieniać trasę naszej wyprawy.   Zaczęliśmy więc kierować się w stronę granicy Polsko – Niemieckiej, pełni nadziei na wspaniałe drogi rowerowe, o których słyszeliśmy, aż chciało się jechać. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcia na byłej granicy i już zaczynamy świetną jazdę. Ale tylko do czasu pierwszych skrzyżowań…. Drogi rowerowe na terenie Niemiec może i są dobrej jakości ale ich oznaczenie pozostawia wiele do życzenia. Na każdym skrzyżowaniu trzeba się zatrzymać i poszukać znaku, który wskazywałby dobry kierunek. Z czasem szło nam coraz lepiej, ale to dopiero w drodze powrotnej mieliśmy tych postojów mniej.

Pierwszy nocleg po męczącej jeździe 120 km ale za to we wspaniałym miejscu – na wyspie Rugia w miejscowości Alterfart. Ładne miasteczko z niedrogim polem campingowym warte polecenia. No ale nocka szybko zleciał i czas było wstawać i posilić się na kolejny słoneczny dzień jazdy. Jak zwykle kierunek naszej jazdy szukaliśmy na każdym skrzyżowaniu. Co więcej, znaki były również ukryte czy przykryte jakimiś drzewami czy gałęziami, albo ustawione tak, ze nic z nich nie wynikało i wtedy trzeba było zdać się na własną intuicję, która prawie zawsze się sprawdzała. Po kolejnym dniu ciężkiej jazdy nocleg znaleźliśmy….w lesie za miejscowością Rostock. Niestety przez ponad 50 km nie było żadnych pól namiotowych, gdzie moglibyśmy się rozkoszować snem. Ale dzięki takiemu noclegowi mogliśmy prawie podziwiać wschód słońca nad Bałtykiem (zasłaniały je tylko kilka drzew, ale szum Morskich fal towarzyszył nam całą noc). Po tak wspaniałym noclegu i sytym śniadaniu czas na dalsze poszukiwania znaków z dobrym kierunkiem jazdy. Na szukaniu tych oznaczeń schodziło nam prawie godzina dziennie. No ale nie można mieć wszystkiego – jeśli są czasami dobre drogi rowerowe to nie można mieć jeszcze ich super oznaczonych). Kolejny nocleg na półwyspie Priwall po którym przepłynęliśmy promem na drugi brzeg zatoki i od miejscowości Travenmunde zaczęliśmy zbliżać się do zmienionego celu naszej wyprawy – do Laboe. Wieczorem osiągnęliśmy docelowe miasto dzisiejszej jazdy. Zaparkowaliśmy rowery, kupiliśmy bilety na zwiedzanie i oddaliśmy się cudownej rozkoszy. Po powrocie ze zwiedzania przywitała nas miła niespodzianka. Przy naszych rowerach znaleźliśmy flagę niemiecką. Długo nie myśląc swoją flagę Polski zostawiłem przemiłej pani w kasie z biletami i pamiątkami – i tak doszło do kolejnego pojednania Polsko – Niemieckiego. Po upojnym w zwiedzanie dniu udaliśmy się na camping. Był to najwspanialszy camping podczas całego wyjazdu. Ładnie, czysto, tanio i bliziutko do Morza, z którego skorzystaliśmy zarówno tego jak i każdego innego dnia, ponieważ pogoda sprzyjała nam co dzień. W środę 24 lipca udaliśmy się na dworzec do Kiel by pociągiem wrócić do Polski (z braku wolnego czasu trzeba było powoli wracać). Na dworcu przemiły pan z niemieckiej informacji DB po wstępnej rozmowie z nami kupił nam tanie bilety, na których mogliśmy dojechać prawie do samej granicy (jeden bilet z rowerem kosztował tylko16 euro), do tego zostaliśmy wyposażenie przez niego w tabele z rozkładem jazdy oraz przesiadkami jakie nas czekają. Mimo 5 przesiadek wszystko przebiegło strasznie płynnie (co jest nie do pomyślenia w Polsce). Kilkugodzinna podróż pociągami dała nam do myślenia i postanowiliśmy wysiąść dużo wcześniej żeby jeszcze trochę pokręcić kilometrów na rowerach. W miejscowości Greifswald wysiedliśmy by pojechać jeszcze i zwiedzić muzeum w Peenemunde. Nocleg zaplanowaliśmy w Karlshagen, gdzie jednak miła pani w recepcji poinformowała nas, że nas nie przenocuje bo nie ma miejsca na ustawienie namiotu, dlatego musieliśmy udać się do Trassenheide, gdzie miejsce takie się znalazło – był to jednak najdroższy i w najgorszych warunkach camping podczas całej wyprawy (nie polecamy). Ostatni dzień wyprawy rozpoczęliśmy późno, bo pospaliśmy do około 7.00 Po spakowaniu udaliśmy się do Peenemunde gdzie znajduje się Muzeum Historyczno-Techniczne. Po zwiedzaniu przyszedł czas na jazdę do Polski bo mieliśmy już dość tego ciągłego szukania – „gdzie jechać”. Po przekroczeniu granicy cieszyliśmy się, że w końcu jesteśmy u siebie, gdzie nie można narzekać na oznaczenia dróg, a raczej ścieżek rowerowych, bo do dróg to czasami im wiele brakuje.

Jeszcze tylko zasłużony obiad, ostatnia kąpiel w Morzu Bałtyckim i powrót na pociąg w kierunku domu. Podróż powrotna z takimi samymi przygodami jak podróż nad Morze – brak przedziałów na rowery, a bilety kupione…oj polskie PKP, muszą się jeszcze wiele uczyć.

No ale teraz przyjemna część, żeby nie krytykować co roku Polskich Kolei (mimo że na to zasługują). Podczas tegorocznej wyprawy przejechaliśmy niewiele bo ponad 600 km w 6 dni – a to i tak dużo jak na niemieckie oznaczenia. Jedynym pocieszeniem była przewspaniała pogoda. Każdego dnia na niebie nie można było znaleźć żadnej chmurki (no może jednego dnia można było policzyć je na palcach jednej ręki). Niekończący się powrót pociągiem sprawiał, że długo rozmawialiśmy o tym co było i o tym gdzie jechać w przyszłym roku. Kilka tras się pojawiło, ale co konkretnie to o tym dopiero w kolejnej relacji.

 

Źródło: www.szkolenia-bhp24.pl - szkolenia bhp online

Kreator Stron www